Stanisław Brejnakowski

Matka nazywała się Józefa, a ojciec Czesław. Ojciec był gajowym, a mama zajmowała się domem. Miałem dwóch braci i trzy siostry. Ja byłem środkowy.

Studnię pamiętam, z żurawiem. I pamiętam jak Ruscy przyszli. Kiedy ojciec zobaczył, to wyskoczył przez okno. Drugi z karabinu zaczął do niego strzelać, a my dzieciaki wszystkie w płacz. Dali nam pół godziny, żeby się spakować. Mówili, że ojca złapią i przywiozą na stację. To była zima. Nie wiem jaki miesiąc. Śnieg padał. 

Potem jak amnestię dostaliśmy, matka powiedziała, że ona pójdzie na inny posiołek sprzedać kilka rzeczy, żeby mieć pieniądze na drogę. Wzięła jednego mojego brata, który był starszy ode mnie. Poszli. Ale nie wracali. Potem mówią, że znaleźli kobietę z chłopcem. To była moja matka z bratem. Zamarznięci. Pochowaliśmy ich i ruszyliśmy na południe. 

Nowa Zelandia to dla mnie drugi dom. Pierwszy dom zawsze jest w Polsce.