Irena Pąk ( z d. Iwan)


Z naszej wioski nikt nie był wywieziony tylko my. Mama, tata i pięcioro dzieci. Najstarsza siostra — Zosia miała jedenaście lat, Czesio dziewięć, Kazio siedem, ja pięć, a najmłodszy Zdzisio dwa latka. Byliśmy wywiezieni w lutym czterdziestego roku. 

Pamiętam jak zbierałam bawełnę w Uzbekistanie i kolce raniły mi palce. Pamiętam żółwie i że je jedliśmy, bo nie było nic innego. Pamiętam jak ojciec zbił mnie i brata. Zrobił pranie, a ja z bratem mieliśmy pilnować. Tylko zachciało się nam pić, więc poszliśmy po wodę. Kiedy wróciliśmy na sznurze ubrań już nie było.

Mamy nie pamiętam. Tylko, że wtedy już jej nie było. Pamiętam, że ona uczyła mnie „Wierzę w Boga Ojca” jeszcze w Polsce, przy choince ozdobionej świeczkami przypinanymi do drzewka na klips.

Z przybycia do Nowej Zelandii pamiętam zielone góry i baranki na niebie. A co się działo — nie pamiętam. Może dobrze, że się nie pamięta. 

Czworo z rodzeństwa dotarło do Nowej Zelandii, oprócz Kazia. Zachorował najprawdopodobniej w Persji i nie był w stanie ruszyć w drogę. Zostawili go, a później szukali przez Czerwony Krzyż. Ale nie udało się go znaleźć. 

Pamiętam, że w obozie Pahiatua chowaliśmy jedzenie do szuflady, żeby było na później. Dopiero po czasie nabraliśmy pewności, że nie zabraknie. Jedliśmy trzy razy dziennie, ale zawsze było nam mało. Pamiętam, że jak żołnierze wracali po wojnie to każdy miał nadzieję, że ktoś z jego rodziny wróci. My myśleliśmy, że tata wróci. 

Mam pięcioro dzieci. Czterech synów i córkę po środku. Michał, Kazimierz, Wanda, Jan i Marian.
Nie wiedziałam, jak się wychowuje dzieci. Podpatrywałam sąsiadki. Ale to było szczęście niepojęte: mieć swoje dzieci i męża.